poniedziałek, 20 lipca 2015

Lunchbox #14

Patrząc na statystyki rzuca się w oczy, że posty z pudełkami cieszą się największą popularnością. 
Dlatego tradycyjnie w poniedziałek, chociaż zdarzają się wyjątki, dodaje wpis z propozycją kolejnego lunchboxa.

Oto mój przepis na lunchbox :)


Co znalazło się w pudełkach:
-dwa jajka ugotowane na twardo z jogurtem naturalnym zamiast majonezu, kilka kawałków tuńczyka z puszki (w sosie własnym), cienki szczypiorek, sól i pieprz,
- kawałki ogórka zielonego oraz żółta papryka,
- owoce w kawałkach, nektarynka i kilka truskawek.


Nie ma lepszego czasu niż lato na rozpoczęcie przygody z przygotowywaniem pysznych, kolorowych, zdrowych posiłków do pracy. Dostępna jest masa owoców i warzyw, które zabrać ze sobą.  Niewiele trzeba włożyć wysiłku by zjeść smakowity i dobrze wyglądający lunch. 

A jak Wam idzie przygotowywanie posiłków do pracy?


niedziela, 19 lipca 2015

Odrobina pikanterii - K. Michalak "Mistrz" oraz film "50 twarzy Greya"

Była (i chyba nadal jest) moda na książkę, a potem na film "50 twarzy Greya". Całe to szaleństwo wokół ostatnio nieco przycichło. Czasem mam tak, że gdy jest głośno wokół jakiejś książki czy filmu buntuję się i nie czytam oraz nie oglądam, męczy mnie to zamieszanie. Wszędzie był Grey, jeszcze go tylko w mojej lodówce nie było. Wole poczekać i na spokojnie podejść do tematu. Postanowiłam sprawdzić na własnej skórze, o co tyle zamieszania i co wzbudza tyle kontrowersji.


Ale zanim napiszę kilka słów o obejrzanym przeze mnie filmie, wspomnę o książce polskiej autorki, która często bywa porównywana do "50 twarzy...", czego nie rozumiem.

Katarzyny Michalak chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Wydała tyle książek, że nie sposób ich nie zauważyć w księgarni czy bibliotece.Niektóre jej książki wzbudzają kontrowersje, jako chociażby Bezdomna, o której pisałam tutaj.

Książka "Mistrz" to pierwsza część „Serii z tulipanem”, otwierająca cykl: POLSKIE AUTORKI – ZMYSŁOWO I EROTYCZNIE.


Główną bohaterką powieści jest dwudziestokilkuletnia Sonia, która przypadkowo zostaje wplątana w mafijne porachunki. Dziewczyna zostaje porwana i przetransportowana na Cypr. To tam w większości rozgrywa się akcja książki. Jej porywaczem okazuje się mega przystojny i seksowny Raul. Dziewczyna zostaje więźniem w pięknej rezydencji, może dostać wszystko czego zapragnie poza wolnością. Będzie żyć dopóki nie spróbuje uciec. Mężczyzna wie, że powinien ją zabić, w końcu raz ją już postrzelił, ale postępuje wbrew sobie, w tej delikatnej i kruchej dziewczynie jest coś co nie pozwala mu o niej zapomnieć, chce ją chronić.

Raul może mieć każdą kobietę, ale chce mieć tylko Sonię, a ta ma zasady, jest dziewicą i wierzy w jedną prawdziwą miłość. Dla Sonii Raul jest potworem, oczywiście przystojnym potworem, jednak z czasem zaczyna dostrzegać jego dobre serce, a gdy poznaje jego prawdziwe oblicze jest w stanie dla niego zrobić wszystko.

„Mistrz” to sensacyjna powieść, pełna erotyzmu i namiętnych scen, nie przekraczających jednak granic dobrego smaku. Jest w niej wszystko, czego szukają miłośnicy gatunku: zbrodnia, tajemnica, intensywne relacje między bohaterami i bardzo gorąca atmosfera.

Ta powieść krążyła wśród koleżanek z pracy, ale nie tylko koleżanek, przez kilka tygodni. Wszyscy stwierdziliśmy, że jest w niej bardzo dużo scen erotycznych. Pojawia się w powieści postać Andżeliki, która może z każdym i wszędzie, na koniu, na plaży, w biurze itd. Jej przeciwieństwem jest cnotliwa Sonia, która w końcu zakochuje się w swoim oprawcy. Może i jest to historia o Kopciuszki, ale bardzo ciekawie opisana. W tej książce ciągle coś się dzieje. Strzelają do siebie, rozbryzgują się mózgi, intrygi, walizki pełne pieniędzy, towar, okup, tortury, a wszystko okraszone miłością i seksem.

Mnie ta historia tak wciągnęła, że po kilkunastu stronach przestałam zwracać uwagę na te erotyczne wątki, chciałam wiedzieć co będzie dalej, a nie czytać o erotycznych ekscesach wspomnianej Andżeliki i innych.


Od razu powiem, że film mnie nie zachwycił. Znacznie bardziej niż historia Ann spodobały mi się losy Sonii. 
Ann jest studentką. W zastępstwie za koleżankę jedzie przeprowadzić wywiad z Panem Greyem, młodym odnoszącym sukcesy biznesmenem.  Dziewczyny nigdy nie interesowali zbytnio mężczyźni, dlatego należy do wymierającego gatunku dziewic (tak jakby to było coś złego, a Grey naprawi ten "błąd"). A Pan Grey ma dość wysublimowane preferencje seksualne i traci głowę dla młodej kobiety, która w wyjątkowy sposób potrafi przygryzać wargę. Ann nie pozostaje obojętna na zaloty tajemniczego i intrygującego mężczyzny.  Pragnie go.  Niby taka cnotliwa, a sama na drugiej randce pyta go, czy będą się kochać? ;)  
Największą tajemnicą mężczyzny okazują się jego dziwne upodobania seksualne, wchodząc z nim w relacje intymne dziewczyna musi podpisać umowę, w której szczegółowo zostają opisane  pozycje, gadżety, które będą wykorzystywane w trakcie ich "związku".  Na początku Ann jest zafascynowana światem Greya, gra rolę uległej, dostosowuje całe swoje życie do reguł ustalonych przez niego.  Jednak zaczyna czuć się samotna w tej relacji, chciałaby tak jak normalni ludzie pójść do kina czy zasnąć przy boku ukochanego.  

W tym filmie nie ma akcji. Spotykają się,  uprawiają seks w dziwnych pozycjach, ta płacze, a on by chciał się zmienić, ale tak naprawdę największą frajdę sprawia mu dawanie siarczystych klapsów.  

Gdyby wyciąć wszystkie sceny erotyczne z książki K. Michalak, zostałaby ciekawa historia miłości, może nieco naiwna, z dodatkiem  sensacji. Gdyby to samo zrobić z filmem "50 twarzy..." , nie zostało by nic. W tym filmie nawet nie ma zbyt wiele dialogów, a zdobycie Ann zajmuje Greyowi 10 minut. 
Nie będę ukrywać, że jeśli sfilmują kolejne części tej książki to na pewno je obejrzę ;) Ciekawa jestem, czy to on się zmieni czy ona.


Co myślicie o filmie/ książce "50 twarzy Greya"?
Czytałyście "Mistrza" K. Michalak?

czwartek, 16 lipca 2015

Złuszczająca maska do stóp

Przed wyjazdem nad morze postanowiłam intensywniej zadbać o swoje stopy. Nieważne jaka byłaby pogoda w czasie urlopu, ale wiadomo było, że stopy pokazać będę musiała. Dlatego chciałam pochwalić się ładnymi i zadbanymi stópkami. Postanowiłam wypróbować maskę złuszczającą firmy L'biotica.

L`biotica -  Złuszczająca maska dostóp w postaci nasączonych skarpetek
cena: około 15 zł


Od producenta:
Złuszczająco - pilingująca maska w postaci skarpet wypełnionych aktywnie działającym płynem. Profesjonalny zabieg do samodzielnego wykonania w domu.
Maska na bazie aktywnych kwasów roślinnych skutecznie usuwa martwy naskórek, odciski oraz wszelkie zgrubienia i zrogowacenia skóry stóp.
Oprócz działania złuszczającego maseczka pielęgnuje i regeneruje skórę stóp dzięki zawartości mocznika, ekstraktu z owoców papai oraz cytryny. Wyciąg z rumianku delikatnie koi świeżo złuszczoną i odnowioną skórę. Po kuracji złuszczającej stopy są idealnie gładkie, miękkie i delikatne.
Odciski i zrogowacenia zaczynają złuszczać się od 4 do 10 dni po użyciu. W trakcie zabiegu nie należy używać pumeksu, tarki oraz innych środków do usuwania odcisków. Długość procesu złuszczania zależeć będzie kondycji skóry stóp przed zabiegiem.
Dla utrzymania efektu gładkich stóp zabieg można powtórzyć co 30 dni.

Skład:

Maska przeleżała kilka dni, ale w końcu nadszedł ten moment, była godzina 23:30, że trzeba wreszcie TO zrobić. Zostało tylko 10 dni do wyjazdu.


Pierwsza rzecz na którą od razu zwróciłam uwagę, to bardzo dobrze zabezpieczony produkt. W kartoniku znalazłam szczelną torebeczkę, w której dopiero znajdowały się dwie skarpetki. Te również były zabezpieczone. Przed włożeniem stopy należało je rozciąć wzdłuż przerywanej linii. Skarpetki są bardzo duże, nasączone w środku płynem. Producent zaleca założenie na nie zwykłych bawełnianych skarpetek. Tak też zrobiłam, inaczej zawartość tych skarpetek by się wylała. Należało je pozostawić na stopach na około 90 minut.
Gdy już miałam stopy opatulone nastawiłam budzik na godzinę 1:30 i poszłam spać. Potem wstałam, zdjęłam je i opłukałam stopy. Poszłam spać dalej.

Jakość zdjęć jest słaba ponieważ były robione późną nocą ;)

Przez pierwsze 3 dni nic się nie działo. Czwartego dnia skóra zaczęła się delikatnie łuszczyć. Dopiero po 6 dniach zaczęły odchodzić spore płaty martwego naskórka. Nic nie bolało, nie piekło, jedynie wyglądało to bardzo nieestetycznie. Zastanawiałam się czy uwiecznić to na zdjęciu, ale dałam sobie spokój, bo to jednak brzydko wyglądało. Mogę to porównać do schodzącej skóry po zbyt intensywnym opalaniu.
Siódmy, ósmy dzień mija, dwa dni do wyjazdu, a skóra ciągle się łuszczy. Trochę zaczęłam panikować. Nadszedł dzień wyjazdu, a ja wcale pięknych stópek nie miałam. Dopiero po 14 dniach moje stopy zaczęły wyglądać normalnie. Stopy przez chwile były gładkie, miękkie i  jak się okazało bardzo podatne na promienie słoneczne. Czemu nie wysmarowałam ich kremem z filtrem? Szybko złapało je słońce i to tak bardzo mocno, do tego kąpiel w słonej (niekoniecznie czystej) wodzie, to nie mogło skończyć się happy endem.
A było tak, że w dniu wyjazdu obudziłam się z opuchniętym stopami, miałam problem z chodzeniem, bolały mnie, a w głowie krążyła mi jedna myśl "Ja chce do domu". 
Piłam wapno i smarowałam stopy maścią na oparzenia. Po kilku dniach opuchlizna i pieczenie na szczęście zniknęły. A już myślałam, że wyląduje na pogotowiu. 

Przez tę "przygodę" nie zauważyłam znaczącej zmiany w wyglądzie moich stóp. Jednego dnia były miękkie, a następnego opuchnięte, natomiast pięty jak były twarde przed zastosowaniem maski tak twarde pozostały. Teraz już wiem, że przed żadnym wyjazdem nie zafunduje sobie intensywnego zabiegu, żadnej maski złuszczającej itp.
Wróciłam do tradycyjnych metod, czyli czyli peelingu, traki do stóp i kremu.
W moim przypadku skóra łuszczyła się 6-7 dni, jak dla mnie to zbyt długo, bo ileż można chodzić i gubić kawałki skóry. Latem odradzam ten zabieg, zwłaszcza, gdy jest ciepło, bo trzeba chodzić w krytym obuwiu. 


Stosowałyście kiedyś te lub podobne skarpetki złuszczające?

poniedziałek, 13 lipca 2015

Lunchbox # 13 plus wygrane w konkursach

Czerwiec zleciał, lato się zaczęło, a ja jeszcze się nie pochwaliłam się wygraną konkursie na wiosenny lunchbox zorganizowany przez autorkę bloga filozofiasmaku.blogspot.pl. Zasady konkursu były proste, należało przygotować wiosenne bento (posiłek w pudełku) i je sfotografować. Każdy z uczestników konkursu mógł przygotować dowolną ilość zestawów. Na tę okoliczność przygotowałam cztery lunchboxy.
Świetne nagrody motywowały do działania. Wpłynęło 39 zgłoszeń. Zajęłam II miejsce!!!
Jednak to nie koniec wygranych...


Nagrodzony zestaw:

Placuszki z kukurydzą i szczypiorkiem plus sos pomidorowy z bazylią, tortille z serkiem naturalnym, wędliną, sałatą, papryką i ogórkiem zielonym plus rzodkiewki.

Pozostałe zestawy:

 Sałatka grecka z fetą, jogurt naturalny z płatkami górskimi i borówkami.

 Sałatka ziemniaczana oraz placuszki z serka homogenizowanego podane z musem z rabarbaru i jabłka.

Mus truskawkowy, mix sałat z warzywami oraz  mozzarellą.

A oto wygrana:
Zestaw lunchboxów kostka klik

A już za tydzień pojawią się propozycje posiłków do pracy w tych oto pudełkach.
Bardzo się cieszę z wygranej! Serdecznie polecam Wam bloga Malwiny, znajdziecie tam mnóstwo przepisów na pyszne potrawy :)

Również w czerwcu ogłoszono wyniki w innym konkursie, w którym brałam udział. Koleżanka podesłała mi linka do strony ulicaekologiczna.pl. z konkursem . Zadaniem konkursowym było odpowiedzenie na pytanie "Jaki  kraj jest Twoją kulinarną ojczyzną?" Nie miałam problemu z odpowiedzeniem na to pytanie: oczywiście są to Włochy! Napisałam, że marzę o podróży do Włoch, i że bardzo chętnie gotuję włoskie potrawy. A przepisy są bardzo proste ... itd. 
W tym konkursie przyznano trzy równorzędne nagrody. Znalazłam się w gronie laureatów!



Pierwsze kulinarne sukcesy mam już na swoim koncie. Lubię jeść i gotować, nie widzę problemu by o godzinie 23 wejść do kuchni i zacząć smażyć np. placuszki lub zacząć szykować sałatkę na następny dzień do pracy. Jeszcze nie wszystko smakuje tak jakbym chciała, ale przecież praktyka czyni mistrza! Gotowanie mnie odpręża, wyłączam się, przestaje myśleć o tym co było i co będzie,  jestem tylko ja i patelnia, ewentualnie muzyka. Tylko nienawidzę zmywać ;) Muszę znaleźć konkurs, w którym do wygrania będzie zmywarka ;)

środa, 8 lipca 2015

Pocztówka z wakacji - Rewa

Witajcie! :)
Jestem właśnie po krótkim urlopie. Na kilka dni wybrałyśmy się z Przyjaciółką nad morze. Obawiałam się trochę o pogodę, bo zapowiadali jedynie 20 stopni C. Co prawda nie przewidywałyśmy kąpieli wodnych, ale nawet na spacery brzegiem morza to ciut za niska temperatura. Na szczęście, prognozy się nie sprawdziły i trafiłyśmy na super pogodę.


Na wakacyjny odpoczynek wybrałyśmy się do mało znanej miejscowości, oddalonej od Gdyni o jakieś 15 km, Rewy.
Miasteczko usytuowane jest tuż nad morzem. My mieszkałyśmy prawie na końcu Rewy, a do morza miałyśmy 5 minut.  Tak malowniczych terenów nigdy wcześniej nie widziałam. Zarówno Rewa jak i okoliczne wioski dopiero zaczynają rozwijać swoją infrastrukturę turystyczną. Ale już teraz atrakcji nie zabraknie. Najbardziej ucieszyła nas wypożyczalnia rowerów. Spędziłyśmy cały dzień na szlaku rowerowym, a widoki zapierały dech w piersiach.
Inna atrakcją jest piaszczysty Cypel Rewski, który ciągnie się w głąb Zatoki Puckiej. Niesamowity widok.

Cypel Rewski i kitesurfingowcy


W stronę słońca, na horyzoncie Półwysep Helski

Daleko jeszcze?


Dawna osada łowców fok

Plaża w Mechelinkach 




Pałac w Rzucewie

Można się pobyczyć. Rezerwat Przyrody "Beka"
Zachody słońca nad morzem są najpiękniejsze

Ostatni wieczór, płyniemy łabądkiem 

Jeśli jeszcze nie macie sprecyzowanych planów na wakacyjny wyjazd serdecznie polecam Wam spokojną i malowniczą Rewę i jej okolice.